Sandacz po warszawsku
Sandacz po warszawsku z wiślaną historią

Na warszawskiej Wiśle sandacz trzyma się krawędzi głównego nurtu, dołków i miejsc, w których płytka woda nagle przechodzi w głębię. Wieczorem drapieżnik wychodzi spod podmytej skarpy na krótki patrol, dlatego nad rzeką długo słychać tylko wodę, pojedyncze rzuty spinningiem i cichy plusk przynęty prowadzonej przy dnie. Ta ryba od lat zajmuje ważne miejsce w opowieściach o nadrzecznej kuchni stolicy.
Warszawski sposób przyrządzania sandacza jest prosty i konkretny. Liczy się świeży, jędrny filet, krótka obróbka oraz masło, które nie przykrywa delikatnego mięsa. Wędkarze znad Wisły najczęściej wspominają nocne wyprawy na opaski, główną rynnę i podmyte brzegi, a później kolację przy drewnianym stole, gdy ryba trafia na patelnię jeszcze tego samego dnia.
Przepis na sandacza w maślanym sosie
Filety bez skóry trzeba osuszyć, oprószyć solą, białym pieprzem i cienką warstwą mąki pszennej. Na patelni rozgrzewa się klarowane masło, a sandacza smaży krótko, najpierw od strony, gdzie była skóra, potem z drugiej strony. Mięso powinno pozostać soczyste i łatwo rozdzielać się widelcem, bez przesuszonego środka.
Na koniec do tłuszczu dodaje się odrobinę soku z cytryny, posiekany koperek i jeszcze kawałek masła. Sos powinien tylko oblepiać filet, nie tworzyć ciężkiej warstwy. Najlepiej pasują młode ziemniaki, surówka z kiszonego ogórka albo chrupiąca sałatka z ogórka i cebuli. Za oknem Warszawa cichnie, a na talerzu połyskuje sandacz, jakby przed chwilą wynurzył się z czarnej wiślanej toni.
Polecamy: Patelnia do smażenia ryb